Dlaczego zostałem nauczycielem (w sektorze prywatnym)?

Od dziecka byłem nastawiony na zdobywanie wiedzy. Mama nauczyła mnie czytać i pisać na długo przed tym, jak poszedłem do szkoły. Gdy już tam trafiłem, nauka szła mi bardzo dobrze. Zawsze czułem też ogromną sympatię do nauczycieli (niekiedy nawet większą, niż do innych uczniów, jeśli byli leserami). Nie mogę powiedzieć, że zawsze trafiałem na idealnych belfrów, ale dobrych było naprawdę sporo (choć moim zdaniem w życiu człowieka wystarczyłby nawet jeden, który potrafiłby zarazić pasją i należycie ukierunkować). Wielu do dziś pamiętam z nazwiska. Byłbym nawet w stanie powiedzieć konkretnie, co któremu z nich zawdzięczam.

W 1997 roku w pakiecie 4 dużych reform (wszystkie nieudane, jak się potem okazało) znalazła się reforma szkolnictwa, która weszła w życie 2 lata później. Oto stałem się rocznikiem eksperymentalnym, na którym testowano wprowadzenie gimnazjów. W liceum już dobrze wiedziałem, jaki to był niewypał. Widziałem przecież, jak ogromna jest przepaść między nami a rok starszymi koleżankami i kolegami. Niestety kolejne roczniki miały jeszcze trudniej. Zostaliśmy praktycznie okradzeni z szansy osiągnięcia dawnego poziomu nauczania (a wraz z tym posypał się poziom na studiach, gdzie też jest dziś niezły bałagan). Na szczęście przynajmniej niektórzy nasi licealni nauczyciele dokładali starań, aby nawet mimo niesprzyjających zmian (niestety w czasie rok krótszym, zdecydowanie za krótkim) wycisnąć z nas, ile się da, usiłując niwelować stratę zmarnowanych 3 lat gimnazjum. Jestem im za to ogromnie wdzięczny. To m.in. dzięki nim porzuciłem głupi pomysł startowania na reżyserię do szkoły filmowej i postanowiłem samemu zostać nauczycielem.

W 2005 roku zdałem maturę. Rozpocząłem studia przygotowujące mnie do zawodu nauczyciela. Gdy tylko mogłem to zrobić, zapisałem się na praktyki (realizując nawet więcej godzin, niż to było konieczne). Bardzo mi się podobało to zajęcie. Chwalili mnie opiekunowie praktyk i wykładowcy. Nie lubiłem jednego, masy bzdurnej i nikomu niepotrzebnej papierkowej roboty. Mam być nauczycielem czy urzędnikiem? Jeszcze w trakcie studiów porzuciłem pomysł kariery nauczycielskiej (zanim ją tak naprawdę zacząłem). Studia kontynuowałem (i skończyłem), ale równolegle zacząłem drugi kierunek.

W 2012 roku poszedłem na studia doktoranckie. Z miejsca przydzielono mi do prowadzenia zajęcia ze studentami. Do dziś najmilej wspominam ten pierwszy rok pracy na uczelni (nawet mimo konieczności życia za miskę ryżu z uwagi na brak stypendium, które sobie wywalczyłem dopiero po 2 latach). Tam nie było tyle biurokracji i mogłem się skupić na nauczaniu. Szło mi całkiem nieźle, do tego stopnia, że po zakończeniu kursu studenci przychodzili do mnie na dodatkowe zajęcia. Niestety uczyć mogłem tylko dopóki studiowałem, potem moje miejsce zajęli kolejni doktoranci.

W 2015 roku zdałem międzynarodowy certyfikat znajomości języka angielskiego, czym nie omieszkałem pochwalić się w sieci. Zaraz odezwały się do mnie z ofertami zatrudnienia szkoły językowe. W jednej pracuję do dziś i muszę powiedzieć, że ta współpraca układa mi się coraz lepiej. Papierów do wypełniania mam mało. Szanują mnie w tej robocie. Dobrze wypadam jako nauczyciel w opinii przełożonych i słuchaczy, a sami słuchacze dobrze wypadają na egzaminach.

W ubiegłym roku postanowiłem jakoś spożytkować również te swoje umiejętności, które w miejscu pracy nie są (przynajmniej nie wprost) obiektem zainteresowań firmy. Rozpocząłem więc prywatną działalność w sektorze edukacji, czym dorabiam sobie do pensji.

W tym roku miałem już dwie propozycje pracy ze szkół publicznych. Obie odrzuciłem. Powód? Niska pensja nauczycielska. Dlaczego miałbym chcieć pracować dwa razy więcej za niemal takie same pieniądze?

Kilka lat temu Ministerstwo zleciło wyliczenie, ile faktycznie pracuje tygodniowo nauczyciel, który przy tablicy spędza 18 godzin (wielu błędnie myśli, że to wszystko). Wyszło coś koło 47 godzin. Głośno się więc o tym nie mówi, ale kto jest nauczycielem albo ma takiego w rodzinie, ten dobrze wie. Wynagrodzenie? Poniżej tabela z najnowszego rozporządzenia ministerialnego. Łatwo sprawdzić, że więcej zarobi się bez edukacji i doświadczenia w markecie już na starcie niż po wielu latach pracy w szkole. Z wielu dodatków, które jeszcze kiedyś przysługiwały, dziś nie zostało prawie nic, więc nauczycielskie pensje niewiele odbiegają od stawek minimalnych.



Rozporządzenie Ministra Edukacji Narodowej z dnia 8 lutego 2019 r. (…) w sprawie wysokości minimalnych stawek wynagrodzenia zasadniczego nauczycieli (…).
http://prawo.sejm.gov.pl/isap.nsf/DocDetails.xsp?id=WDU20190000249

Dziś ogromne rzesze nauczycieli szkół publicznych rozpoczęły strajk.

Wspieram nauczycieli. Tak, nauczycieli, nie związki zawodowe czy organizacje polityczne, które usiłują przy okazji wypłynąć, ale samych nauczycieli. Uważam bowiem za wysoce niesprawiedliwe, że koleżanki i koledzy po fachu w sektorze publicznym otrzymują (w przeliczeniu na przepracowany czas) wynagrodzenia niższe (niekiedy dużo niższe) niż ja w sektorze prywatnym, choć w porównaniu ze mną pracę mają bardziej niewdzięczną i do tego okraszonej masą (często zupełnie niepotrzebnej) biurokracji.

Przy czym pieniądze to tylko wierzchołek góry lodowej, bo całe szkolnictwo od lat wymaga prawdziwej reformy.